Lekcja z Luwru: jak naprawdę powinny działać zabezpieczenia muzeów?
Zuchwała kradzież, do której doszło niedawno w Luwrze, ponownie uruchomiła dyskusję na temat bezpieczeństwa muzeów i ochrony bezcennych zbiorów. O tym, jakie wnioski płyną z tego incydentu dla polskich instytucji kultury, jak powinny wyglądać skuteczne procedury oraz dlaczego technologia nigdy nie zastąpi czujności człowieka, rozmawiamy z Arturem Boguszem – kierownikiem działu bezpieczeństwa Muzeum Historii Polski.

Ma Pan bogate doświadczenie w zabezpieczaniu obiektów, w tym muzeów. Z tej perspektywy, jakie refleksje nasunęły się Panu po kradzieży w Luwrze?
Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to nieskuteczność działania. Mówiąc wprost: co z tego, że są określone zabezpieczenia, istnieje ochrona fizyczna i procedury, skoro brakuje ich testowania i ćwiczenia. Kiedy więc dochodzi do niepożądanego zdarzenia, reakcja jest opóźniona albo niewłaściwa – i tak właśnie było w Luwrze. Pod budynek podjechał jakiś podnośnik, jacyś ludzie ubrani w stroje robocze weszli przez okno, włączył się alarm… a reakcja nastąpiła zdecydowanie zbyt późno.
Uważam, że w obiektach, w których na co dzień nie dochodzi do incydentów tego typu, tym bardziej należy regularnie ćwiczyć procedury i modele postępowania. Jeśli tego nie robimy, w chwili zagrożenia zwyczajnie nie wiemy, jak się zachować, to najlepsze nawet zabezpieczenia nie będą skuteczne.
Jakie wnioski z tego incydentu powinni wyciągnąć polscy muzealnicy, szczególnie osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo?
Przede wszystkim należy ćwiczyć, wykorzystując scenariusze tych zdarzeń, do których doszło w innych obiektach i mogą wydarzyć się również u nas. To podstawa. Po drugie – należy opracować, przejrzeć i zweryfikować procedury dotyczące różnych zagrożeń. Bardzo często takich procedur w ogóle nie ma, a jeśli są, to praktyka pokazuje, że w sytuacji kryzysowej i tak improwizujemy. A improwizacja to najgorszy możliwy wariant działania.
Jak pokazuje przykład Luwru, miejsca, gdzie prowadzone są prace remontowe, wymagają szczególnej uwagi. Przede wszystkim trzeba precyzyjnie uzgodnić zakres prowadzonych prac. Osoby wykonujące remont powinny mieć wyraźne identyfikatory i takie stroje, aby można je było łatwo zidentyfikować. Nie tak jak w Paryżu, gdzie ktoś bez trudu podszył się pod pracowników. Jeśli rozpoznajemy pracownika jedynie po stroju i nie mamy żadnego innego elementu identyfikacji, w takim przypadku jesteśmy bezradni.
Niezbędny jest regularny przegląd systemów zabezpieczeń. W Luwrze okazało się, że systemy działały od wielu lat, ale nikt nie zauważył, iż są przestarzałe – zarówno pod kątem oprogramowania, jak i metod weryfikacji naruszeń. Od dawna nie były przeglądane ani aktualizowane i, niestety, nie zadziałały w kluczowym momencie.
Jak ocenia Pan stopień zabezpieczenia polskich muzeów? Czy istnieje „złoty środek” chroniący tego typu obiekty?
Złoty środek nie istnieje. Każdy obiekt jest inny i dla każdego należy przeprowadzić indywidualną analizę zagrożeń, a następnie dobrać odpowiednie środki bezpieczeństwa. Trzeba pamiętać, że istnieje wiele metod i technik niwelowania ryzyka – i to od analizy zależy dobór właściwego rozwiązania.
Jeśli mamy bardzo dobre zabezpieczenia techniczne, możemy zmniejszyć liczbę pracowników ochrony fizycznej. Jeśli brakuje techniki, musimy postawić na większą obsadę. To wszystko musi się wzajemnie uzupełniać.
Po zdarzeniu w Luwrze zalecałbym wszystkim podobnym instytucjom przeprowadzenie analizy bezpieczeństwa: co działa dobrze, co wymaga uzupełnienia, a co poprawy. Taka analiza powinna być wykonywana przynajmniej raz w roku – i przepisy zresztą do tego zobowiązują. Sytuacja z Luwru pokazuje, że jest to konieczne.
Czym zabezpieczenia muzeów lub obiektów zabytkowych różnią się od zabezpieczeń innych obiektów?
Najważniejsza różnica polega na tym, że w muzeach przechowuje się bezcenne muzealia, których straty nie zrekompensuje nawet najlepsze ubezpieczenie. To dobro kulturowe narodu, które wymaga szczególnej ochrony. Dodatkowo obowiązują tu bardzo konkretne przepisy regulujące zasady zabezpieczenia.
W obiektach handlowych czy biurowych przepisy są dużo bardziej ogólne. W muzeum najłatwiej byłoby zamknąć zbiory w magazynie, a przy drzwiach postawić wartownika – ale nie o to chodzi. Muzea istnieją po to, by eksponaty pokazywać. Trzeba więc znaleźć balans: prezentować zbiory publiczności, ale jednocześnie skutecznie je chronić, bo nie każdy odwiedzający przychodzi wyłącznie po to, by podziwiać.
W wielu obiektach, takich jak centra handlowe czy zakłady należące do infrastruktury krytycznej, odchodzi się od ochrony fizycznej na rzecz zabezpieczeń technicznych. Czy w muzeach jest podobnie?
Taki trend faktycznie występuje, bo pracownik ochrony generuje stały koszt, dlatego zabezpieczenia techniczne mogą się wydawać w tym kontekście bardziej opłacalne. Jednak w muzeach nie możemy całkowicie zrezygnować z ludzi. Nawet najlepsza technologia wymaga reakcji człowieka – ktoś musi zareagować na alarm, komunikat czy sygnał systemu. W Luwrze właśnie tej reakcji zabrakło.
Można optymalizować koszty, odpowiednio dobierając proporcje między techniką a ochroną fizyczną, ale całkowite odejście od obecności człowieka byłoby błędem.
Na koniec – jaka byłaby Pana kluczowa rada dla szefów bezpieczeństwa muzeów?
Po pierwsze, należy przejrzeć i zweryfikować obowiązujące procedury. Po drugie, przeprowadzać regularne ćwiczenia, by wiedzieć, czy pracownicy znają te procedury i czy potrafią się do nich zastosować. Po trzecie, nie spoczywać na laurach. Zbudowanie systemu zabezpieczeń i podpisanie umowy z firmą ochroniarską to nie jest koniec pracy.
Systemy trzeba modernizować, aktualizować oraz – co niezwykle ważne – regularnie uruchamiać. Zdarza się, że pracownicy wyłączają zabezpieczenia, bo te „przeszkadzają”, np. z powodu fałszywych alarmów, albo są „kłopotliwe”, bo utrudniają dostęp do jakichś pomieszczeń. To absurdalne, ale częste. Tymczasem niewłączony system jest bezużyteczny, mimo że wydano na niego niejednokrotnie ogromne pieniądze.
Trzeba również kontrolować dostęp do systemów: służba ochrony powinna mieć uprawnienia użytkownika, a nie administratora. Te ostatnie powinny mieć tylko osoby upoważnione.
Niepokojące jest też to, że wiele polskich muzeów w ogóle nie ma osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo. Po zdarzeniu w Luwrze należałoby postawić pytanie: jak takie obiekty są chronione, skoro nie ma nawet komu zadać podstawowych pytań o ich zabezpieczenia? To problem, którym trzeba pilnie się zająć. •
Muzeum Historii Polski



Kadry z filmu „a&s Polska”: Systemy bezpieczeństwa w Muzeum Historii Polski.
Zdjęcie główne: Bharat Patil / Unsplash;











